W obronie dzieci i Świętego Mikołaja
Długo można wymieniać postaci, które służą dorosłym za narzędzia do uzyskania dziecięcego posłuszeństwa. Od baby jagi począwszy, poprzez wilki, na przypadkowych osobach w przestrzeni publicznej (które rzekomo tylko czekają, żeby dziecko ukraść lub się z niego śmiać) kończąc. Wraz z początkiem grudnia do tego mało chwalebnego grona, dołącza sam Święty Mikołaj. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że jestem przeciwniczką każdej formy straszenia, szantażowania i manipulowania dziećmi, a wykorzystywanie do tego Świętego Mikołaja, czyli postaci do cna pozytywnej, oburza mnie szczególnie.
Czasem łatwo to przeoczyć, ale dzieci na co dzień dostosowują się do wielu sytuacji narzuconych im przez dorosłych, często wbrew własnej woli. Może to być pójście do żłobka/przedszkola/szkoły, gdzie muszą przestrzegać rytmu i planu dnia. Może to być mycie zębów, rąk, jedzenie łyżką zamiast ręką, zakładanie śliniaka, zmiana butów, noszenie kurtki, kiedy chce się chodzić w koszulce na ramiączkach, siadanie do posiłku, kiedy akurat zabawa jest najfajniejsza albo wyłączanie bajki w kulminacyjnym dla dziecka momencie. Warto mieć tego świadomość, w momencie, kiedy dzieci nie robią tego, czego od nich oczekujemy. Być może dziecko próbuje przez tę odmowę powiedzieć: „dopasowywałem się już tak długo, teraz potrzebuję zrobić coś, co chcę, na własnych zasadach”. Dzieci nie muszą realizować oczekiwań dorosłych. Często nie spełniają określonej prośby, bo są zmęczone albo po prostu nie chcą, a nie dlatego, że są „niegrzeczne”. Może warto, zamiast szukać sposobu, żeby za wszelką cenę osiągnąć dziecięce posłuszeństwo, zastanowić się, czego w danym momencie potrzebuje dziecko, przyjrzeć się powodom jego odmowy.
„Bądź grzeczny bo: Mikołaj patrzy/dostaniesz rózgę/Mikołajowi będzie smutno/rozmawiałam z nim i powiedział, że nie dostaniesz prezentu jak tak dalej będziesz się zachowywał” – to klasyczne, grudniowe zdania kierowane do dziecka, które nie spełnia oczekiwań dorosłych.
Słowo „grzeczny”, które tak często pada w kontekście Świętego Mikołaja, znaczy dokładnie tyle, co: „zachowuj się tak, jak ja, albo inna dorosła osoba, tego od ciebie oczekujemy. Nie powiem ci wprost jak to zachowanie ma wyglądać, musisz się domyślić. Jeżeli nie spełnisz oczekiwania, może spotkać cię kara.”. Dziecko często nie wie, co kryje się za słowem „grzeczny” – tak pojemnym i abstrakcyjnym. Jest to etykieta, która ocenia, wartościuje i nie odnosi się do konkretnego zachowania. Mając naturalną potrzebę współdziałania z rodzicem, dziecko jest zagubione. Warto spróbować opisywać to, o co się je prosi, dopuszczając wersję, w której dziecko odmawia.
Czy to dziwne, że niektóre dzieci boją się Świętego Mikołaja? Nieszczególnie, kiedy uświadomimy sobie, że jest im przedstawiany jako: starszy pan, z brodą i workiem na plecach, który ma taką moc, że widzi i słyszy wszystko, co dzieci robią i mówią. Nierzadko podgląda je i podsłuchuje, kiedy one go nie widzą. Na tej podstawie decyduje, czy dostaną prezent czy może rózgę (która służy do bicia). Taka wizja może przestraszać, generować lęki i uniemożliwiać cieszenie się z perspektywy znalezienia prezentu pod choinką.
A przecież można inaczej, cieplej, w duchu świąt i uczynków prawdziwego św. Mikołaja. Niech to będzie okazja, by pokazać dzieciom, że zasługują na prezent pod choinkę zupełnie bezwarunkowo, tylko z tego faktu, że są, istnieją, że zostały nam dane. Niech jedyną motywacją będzie potrzeba obdarowania, chęć sprawienia radości i dostrzeżenia tego błysku w dziecięcych oczach. Mikołaj nie musi być spersonifikowany, może być po prostu atmosferą wzajemnej akceptacji, bliskości, dobroci i miłości. Czuję, że właśnie z takiej spuścizny prawdziwy św. Mikołaj, który obdarowywał z potrzeby serca, byłby dumny.
Małgorzata Frączak


